Czy hiperinflacja, kryzys waluty i zadłużenia jest nad Wisłą możliwy?



W dzisiejszym artykule poruszymy temat, o którym jest ostatnio bardzo głośno. Mam tutaj na myśli rosnącą inflację, politykę NBP ignorującą utratę wartości nabywczej oszczędności obywateli oraz rosnące jak na drożdżach zadłużenie Polski.

Sierpniowy odczyt ukazał, że oficjalna inflacja w Polsce wynosi 5,4% r/r. Jest to najwyższa wartość od czerwca 2001.

Inflacja w Polsce r/r

Źródło: bankier.pl

Oczywiście są małe kłamstwa, duże kłamstwa, statystyki oraz statystyki rządowe. W mojej opinii realna inflacja waha się w okolicach 7-8%. Jednak wszystko zależy od naszego własnego koszyka dóbr i usług.


Jeśli np. w waszym koszyku nie znajduje się żywność i energia, to wasza personalna inflacja wyniosła zaledwie 3,7% r/r. Idąc tym śladem inflacja po wyłączeniu wszystkich cen dóbr i usług wyniosła 0% r/r. Niestety to właśnie ceny żywności i energii rosną najszybciej, a to one stanowią największą część wydatków klasy uboższej.

Ekspansywna polityka monetarna polega na przeniesieniu siły nabywczej od tych, którzy posiadają stare pieniądze, do tych, którzy dostają nowe banknoty

RICHARD CANTILLON

Jakie działania podejmuje NBP, aby swoje główne zadanie, czyli stabilność cen w gospodarce utrzymać? Pierwszym narzędziem i najważniejszym, które można wykorzystać są stopy procentowe. Po pierwsze podniesienie stóp procentowych hamuje popyt na kredyt, a to właśnie banki komercyjne w systemie bankowości cząstkowej odpowiadają za kreację nowej waluty, która potem zaczyna ścigać pewną ilość dóbr i usług. Ponadto podwyższenie stóp procentowych zachęciłoby obywateli do oszczędzania, czyli spowolniłoby prędkość cyrkulacji waluty w gospodarce.


Niestety o ile przez większość dekady stopa referencyjna ustalana przez NBP była na wyższym poziomie niż inflacja raportowana, to od 2019 obywatel jest coraz szybciej okradany ze swoich oszczędności. Już w 2019 roku Polska odnotowała najwyższą inflację w całej Unii Europejskiej. Pomimo tego w roku 2020 stopy procentowe obniżono do rekordowego dla naszego kraju poziomu, czego efekty w postaci najbardziej negatywnego realnego oprocentowania na świecie dostrzegamy obecnie.


Kolejne działanie NBP oprócz utrzymywania stóp procentowych na sztucznie niskim poziomie, które przyczynia się do wzrostu podaży waluty, a zarazem wzrostu cen w gospodarce to monetyzacja długu rządowego. W kwietniu 2020 roku NBP magicznie wykreowaną walutą rozpoczął skup obligacji skarbowych. Obecnie posiada on ich w swoim bilansie około 150 miliardów złotych, czyli 10% krajowego długu publicznego. „Drukowanie” jednostek monetarnych przez NBP finansujących rządowe wydatki doprowadziło w 2020 roku do wzrostu podaży waluty o 17% r/r. W normalnych czasach wartość ta wynosiła 6-7% r/r i była głównie zasługą banków komercyjnych.

Drukowanie pieniędzy to po prostu opodatkowanie w innej formie. Zamiast okradać obywateli z pieniędzy, rząd pozbawia ich siły nabywczej.

PETER SCHIFF

W ten sposób rząd zamiast finansować swoje wydatki podatkami, albo emitując papiery dłużne skupowane przez jednostki, które chcą odroczyć swoją konsumpcję, finansując dług publiczny w zamian za odsetki, czyni to w stylu krajów trzeciego świata, czyli na spółkę z NBP i jego magicznymi zdolnościami do kreacji bogactwa z nieba.

Jak już wspomniałem najbardziej cierpią na tym najubożsi, którzy największy procent wydatków przeznaczają na energię i żywność, czyli dobra cechujące się najszybszym wzrostem cen. Choć TVP uspokaja wyborców stwierdzeniami, że portfele Polaków są coraz grubsze, a Pan Glapiński stwierdza, że inflacja nie ma wpływu na portfele Polaków, to niestety nie ważna jest grubość naszego portfela, tylko to ile dóbr i usług możemy za papierowe banknoty nabyć. Nawet jeśli rządzący mieliby rację, że płace obywateli rosną w tempie inflacji, to co z oszczędnościami obywateli, które są opodatkowane przez inflację. Po pierwsze wzrost płac zawsze zostaje z tyłu za wzrostem cen konsumenckich. Po drugie kolejny podatek, czyli inflacja sprawia, że obywatel zatrudniony na umowie o pracę, jeszcze więcej wypracowanego przez siebie kapitału oddaje w takiej lub innej formie rządzącym. O tym więcej w kolejnym artykule. Ponadto temat biflacji, czyli inflacji dla klasy uboższej oraz deflacji dla osób bogatszych posiadających aktywa podlegające aprecjacji w erze polityki łatwego pieniądza poruszyłem szerzej, gościnnie na łamach portalu DNA Rynków: https://dnarynkow.pl/inflacja-i-deflacja-moga-istniec-rownoczesnie-to-efekt-cantillona-i-biflacja/. Co więcej inflacja i zerowe stopy procentowe promują konsumpcję kosztem oszczędności oraz akumulacji kapitału, co jest kluczem wzrostu gospodarczego. Niestety zwiększona konsumpcja, jak twierdzą keynesiści nie jest przyczyną wzrostu gospodarczego, tylko jego efektem.

Poprzez ciągły proces inflacji, rządy mogą skonfiskować, potajemnie i niezauważalnie, ważną część bogactwa swoich obywateli. W ten sposób nie tylko skonfiskują, ale konfiskują arbitralnie; i chociaż proces ten zubaża wielu, w rzeczywistości wzbogaca niektórych.”

JOHN MAYNARD KEYNES

Nie można zapomnieć o słowach vice ministra finansów Piotra Patkowskiego. To właśnie ten, który twierdzi, że klasa średnia zaczyna się od 4k zł brutto miesięcznie, a w erze bezprawnego zakazywania prowadzenia działalności radził przedsiębiorcom się przebranżowić.


Źródło: VETO Media

Moja odpowiedź na to keynesowskie stwierdzenie jest dosyć krótka. Inflacja pojawia się tam, gdzie następuje dostawa nowych jednostek monetarnych do realnej gospodarki. Społeczeństwa nie da się wzbogacić za pomocą drukowania pustej waluty. W ten sposób Wenezuela, czy Zimbabwe byłyby światowymi potęgami.

„Inflacja jest zawsze i wszędzie zjawiskiem monetarnym w tym sensie, że jest i może być wykreowana tylko przez szybszy wzrost ilości pieniądza niż produkcji dóbr i usług”

MILTON FRIEDMAN

Społeczeństwo bogaci się, gdy produkuje coraz więcej i coraz bardziej efektywnie prawdziwe dobra i usługi. Dynamiczny wzrost gospodarczy wiąże się z deflacją, gdyż dobra i usługi są wytwarzane w coraz bardziej efektywny sposób, mamy do czynienia z innowacyjnością, akumulacją kapitału, wzrostem produktywności, a to wszystko prowadzi do spadku cen. Naturalna deflacja sprawia, że konsumenci mogą nabywać dobra w coraz to niższych cenach. Wielka Deflacja z końcówki XIX wieku była jednym z najefektywniejszych okresów amerykańskiej gospodarki. Ceny spadały średnio o 1% r/r, co jest naturalnym zjawiskiem zdrowego systemu monetarnego opartego na złotej walucie oraz rynkowych stopach procentowych. Niestety po 50 latach w systemie opartym na walutach fiducjarnych, długu oraz konsumpcji deflacja jest wrogiem publicznym numer jeden. Dla światowych zadłużonych po uszy gospodarek, inflacyjne zdewaluowanie długu jest najlepszą opcją, a obywatelom przy okazji można wmówić, że są coraz bogatsi.

Wracając do Rady Polityki Pieniężnej, to większość jej członków na czele z Prezesem twierdzi, że oni nie mają żadnego wpływu na rosnącą coraz szybciej inflację, gdyż jest ona zależna tylko i wyłącznie od zjawisk zewnętrznych.


W takim razie jeśli inflacja jest niezależna od działań NBP, to dlaczego nie jest ona tak samo wysoka w pozostałych krajach? Dziwnym trafem to Polska króluje w tym rankingu od kilku lat. Mogę się zgodzić, że rosnące ceny większości surowców przyczyniają się do wzrostu cen w polskiej gospodarce i rzeczywiście podwyższenie stóp procentowych przez mało znaczący na arenie międzynarodowy bank centralny nie wpłynęłoby w żaden sposób na dolarową cenę ropy czy miedzi. Jednak w ten sposób umocniłaby się złotówka, co implikowałoby, że zagraniczne dobra byłyby dla przeciętnego Polaka tańsze. Przy okazji warto pamiętać, że około 60% ceny paliwa to VAT, akcyza oraz opłata paliwowa.

Niestety wzrost pozostałych cen, z którymi mamy na co dzień do czynienia, został wywołany ekspansywną polityką monetarną NBP oraz fiskalną rządzących. Podwyższenie stóp procentowych zakończyłoby okradanie obywatela z jego oszczędności oraz zakończyłoby bańkę na rynku nieruchomości, w które swoje środki w obawie przed dewaluacją waluty lokuje większość obywateli posiadających trochę gotówki. Mógłbym się spotkać z odpowiedzią, że znaczne podwyższenie stóp zarżnęłoby polską gospodarkę. Warto tylko wspomnieć, że w latach 2000-2019 średnio stopa referencyjna wynosiła lekko ponad 4,5%, a polska gospodarka znajdowała się w top 20 najszybciej rozwijających się krajów na świecie.

Zaniżanie stóp procentowych prowadzi zazwyczaj na przekór do mizernego wzrostu gospodarczego. Dlaczego tak się dzieje? Przy sztucznie niskich stopach procentowych dochodzi do wielu nietrafionych inwestycji, błędnej alokacji kapitału i zasobów. Promowana jest konsumpcja kosztem akumulacji kapitału. Zwiększa się udział kredytów udzielanych w celach nieproduktywnych, a przy okazji gospodarka popada w pułapkę zadłużenia. Utrzymywane są firmy tzw. „zombie”, których zysk operacyjny nie wystarcza do pokrycia kosztu odsetek. W normalnych warunkach te nieproduktywne firmy zwolniłyby zasoby dla potencjalnie bardziej efektywnych dla gospodarki przedsięwzięć. Mamy również do czynienia z inną pułapką. Mianowicie z pułapką płynnością, gdzie w stagnacyjnej gospodarce pomimo niskich kosztów kredytu przedsiębiorcy nie są w stanie znaleźć rentownych inwestycji, a bankom często wręcz nie opłaca się kredytu udzielać.

Przejdźmy zatem do problemu zadłużenia, które według europejskiej metodologii uwzględniające kreatywną księgowość polskiego rządu, czyli emisję zadłużenia poprzez podmioty państwowe jak BGK, czy PFR wynosi około 1,5 biliona złotych, czyli 64% PKB. Oczywiście naszym sprytnym politykom udało się zadłużenie tak porozrzucać, że konstytucyjny próg 60% PKB jeszcze nie pękł. W samym 2020 roku zadłużenie kraju wzrosło o 330 miliardów złotych, czyli w skrócie ponad 1/5 długu została wykreowana tylko w ostatnim roku. Oczywiście opozycja mogłaby stwierdzić, że to wina rządzących. Niestety poprzednia władza rozpoczęła rządy w 2007 roku z zadłużeniem w wysokości 500 miliardów złotych, a skończyła w 2015 roku z długiem publicznym opiewającym na bilion złotych, kradnąc przy okazji 150 miliardów złotych z OFE. Obecnie na polskiej scenie politycznej nie widać tendencji do tego, aby rosnący dług powstrzymać, nie mówiąc nawet o jego redukcji. W społeczeństwie przyzwyczajonym oraz uzależnionym od zasiłków socjalnych, rządowych programów żadna partia pragnąca dojść do władzy nie może postulować likwidacji 500+, 13, 14 emerytur, czy innych populistyczno-etatystycznych wydatków, które ponoszone są kosztem klasy pracującej, przyszłych pokoleń oraz gospodarczego wzrostu. Jeśli chcemy, aby Polska się bogaciła, to na pewno nie uczynimy tego zabierając pod przymusem środki osobom pracującym, a przeznaczając je po pierwsze na rozrost biurokracji, a to co zostanie na wyborczą łapówkę.

Właśnie za rządów obecnej partii nastawionej na obfite zasiłki socjalne ubóstwo powinno zmaleć. Jednak jest wręcz odwrotnie. Na większej roli państwa w gospodarce wzbogacili się zapewne urzędnicy, którzy są niezbędni do obsługi rządowych programów, kontrolowania przestrzegania nowych regulacji itd. Niestety promowanie lenistwa i nieróbstwa prowadzi do tego, że jeszcze więcej osób będzie leniwych. Jest to tzw. socjalistyczna pułapka, gdzie walka z ubóstwem sprawia, że jeszcze więcej osób staje się ubogimi. W końcu, żeby utrzymać państwo socjalne trzeba karać pracowitość, ambitność, przedsiębiorczość. Zatem mniej osób będzie charakteryzować się takimi cechami, gdy karzemy pracę, a nagradzamy lenistwo. Podsumowując społeczeństwo będzie się bogacić, gdy jak najwięcej kapitału przez nich wypracowane zostanie w ich rękach. Minimalna rola państwa w gospodarce, niskie podatki, mała, ale konieczna liczba regulacji, promowanie przedsiębiorczości, a każde społeczeństwo, które tego planu posłuchało stawało się coraz to bogatsze. Jednak też przy okazji niezależne, a za tym przeważnie rządzący nie przepadają. Przecież najlepiej jeśli jak największa część społeczeństwa jest zależna od rządowego zasiłku, a następnie odwdzięcza się w lokalu wyborczym.

„Państwo to wielka fikcja, dzięki której każdy usiłuje żyć kosztem innych.”

FREDERIC BASTIAT

Wracając do zadłużenia Polski, to jedynie rekordowo niskie stopy procentowe sprawiają, że koszt obsługi długu, stanowi około 8% wpływów budżetowych. Nie można zapomnieć również o długu ukrytym, który wynosi obecnie blisko 5 bilionów złotych. Na czym on polega? Obecnie osoby pracujące wpłacają składki emerytalne, które nie trafiają na ich prywatne konto, tylko do osób pobierających świadczenie w tym momencie. Na koncie „zusowskim” pracownika odprowadzającego składki powstaje zapis księgowy, czyli zobowiązanie państwa wobec przyszłego emeryta. Warto tylko wspomnieć, że już dziś do systemu z budżetu należy dopłacać około 100 miliardów złotych (25% wpływów)! Sytuacja wraz z pogarszającą się demografią będzie tylko gorsza. Dzisiaj wyborców w wieku 18-55 lat mamy około 20 milionów, a w wieku emerytalnym i przedemerytalnym 11 milionów. W roku 2050 pierwsza grupa będzie wynosiła zaledwie 13,5 milionów, a druga 15,5 miliona. Nie wróżę zatem kolorowej przyszłości dla polskiej gospodarki, gdyż rządzić będą emeryci. Czy takim osobom zależy na niskich podatkach, składkach, wolnorynkowym kapitalizmie? Wręcz przeciwnie, osoby te płacąc całe życie składki będą chciały z podatków klasy pracującej otrzymywać zasłużoną emeryturę. Jako, że ten diabelski system stworzony przez Bismarcka „jako tako” funkcjonował przy zdrowej piramidzie wieku, to nie ma prawa on działać przy starzejącym się społeczeństwie bez konieczności ogromnego opodatkowania klas pracujących. Jeśli młodzież w wyniku coraz większego opodatkowania zacznie z kraju uciekać, to spirala zacznie się tylko nakręcać.

Wracając do tematu przyszłości polskiej gospodarki, to utrzymywanie niskich stóp procentowych przy ciągle rosnącej inflacji jest w kraju, jak Polska jazdą bez trzymanki, która może skończyć się tragicznie. Nasze państwo jest uzależnione od zagranicznego kapitału, który wkrótce może zostać zniechęcony do inwestowania w państwie, gdzie realne stopy procentowe są coraz to bardziej negatywne.

Obecnie ponad 400 miliardów złotych obligacji skarbowych jest w posiadaniu zagranicznych inwestorów. Ponadto posiadamy zadłużenie w obcej walucie w wysokości 70 miliardów euro. Frankowicze dobrze wiedzą jak skończyło się zadłużanie w walucie, w której nie notuje się comiesięcznych przychodów. Wyobraź sobie, że rynek przestaje wykazywać popyt na polskie obligacje stwierdzając, że jest mała szansa, że zostaną one przez Polskę spłacone. W dodatku na co komu polska obligacja płacącą 1,7%, gdy inflacja zaczyna coraz bardziej się rozpędzać, a NBP dalej udaje greka, nie podnosząc znacznie stóp procentowych. Zagraniczni inwestorzy zaczynają pozbywać się aktywów denominowanych w krajowej walucie. Mowa tutaj również o akcjach na GPW, gdyż 55% udziałów jest w posiadaniu zagranicznych inwestorów. Złotówka w ten sposób zaczyna się osłabiać. Spanikowani obywatele również w obawie o utratę wartości nabywczej pieniądza pozbywają się złotówki. Dług denominowany w euro, czyli obecnie około 70 mld euro nie jest już wart 315 mld zł, tylko 600 mld zł. NBP sprzedaje zagraniczne rezerwy, aby umocnić złotówkę. To nie pomaga. Inflacja coraz mocniej szaleje. Litr paliwa po 10 zł. Kolejnym krokiem jest gwałtowne podniesienie stóp procentowych. Oprocentowanie 10 letniej obligacji rośnie z 1,5% do 15%, aby inwestorów zachęcić do powrotu na rynek. Koszt utrzymania długu pochłania 60% budżetowych wpływów. Gospodarka kraju popada w ruinę. Rosnące bezrobocie, ubóstwo, tysiące niespłacanych kredytów, brak perspektyw dla młodych obywateli, niepokój społeczny, protesty. Inflacja wyżarła już resztki oszczędności społeczeństwa. Rząd się poddaje i ogłasza bankructwo, a krajowa waluta i gospodarka zostaje zrównana z ziemią.

Czy taki czarny scenariusz w Polsce jest możliwy? Uważam, że jest on bardzo mało prawdopodobny, jednak warto być przygotowanym na najgorsze, a mieć nadzieję na najlepsze 😊. Problemem może stać się fakt, że jesteśmy uzależnieni od zagranicznego kapitału, a gdy on w obawie przed sytuacją gospodarczą zacznie odpływać, to cały domek z kart może się rozpaść.

Podsumowując inflacja jest podatkiem, który może zostać wprowadzony bez ustawy, a przy okazji kradzieżą oszczędności obywateli. Czas przestać okradać obywateli, dewaluować walutę oraz stąpać po cienkiej linie, której pęknięcie może się skończyć kryzysem walutowym. Aby to zrobić należy podnieść stopy procentowe. Jeśli zapytacie mnie do jakiego poziomu, to niestety nie znam odpowiedzi. Tak samo nie wiem ile powinien kosztować chleb, czy rower. Cena kapitału, czyli najważniejsza cena w gospodarce powinna być ustalana przez rynek, a nie przez biurokratów. Jedynym sposobem na powstrzymanie rosnącego zadłużenia, a następnie jego spłatę, jest po pierwsze ograniczenie wydatków rządowych. Po drugie należy pozwolić wolnemu rynkowi działać, a obywatelom się bogacić. Tylko w taki sposób problem długu uda się rozwiązać. Większy udział państwa w gospodarstwa, zwiększenie wydatków socjalnych, a zarazem podatków, składek, danin prowadzi nas wprost do roku 1989 w zamian do bogactwa, które za pomocą maksymalnej wolności gospodarczej można by osiągnąć.

Z wolnorynkowym pozdrowieniem!

P.S: Na koniec krótka, mam nadzieję oczywista dla każdego wskazówka. Jeśli finansujecie polski dług, to tylko za pomocą obligacji indeksowanych o inflację. Inaczej możesz zakupić 10 letnią obligację o rentowności 1,7%, podczas gdy samym celem NBP, którego jak widać nie jest w stanie osiągnąć, jest niszczenie waluty w tempie 2,5% r/r. Niestety i tak musicie liczyć się z utratą siły nabywczej, gdyż w pierwszym roku odsetki nie są o inflację indeksowane, inflacja przez NBP jest zaniżana, a od odsetek trzeba zapłacić 19% podatku Belki. Jeśli posiadacie kredyt hipoteczny o zmiennej stopie, to postarajcie się go zmienić na kredyt o stałej stopie. Wiem, że obecnie rata odsetkowa wam wzrośnie, jednak przez najbliższe 5 lat będziecie mogli spać spokojnie.

Treść powyższej analizy jest tylko i wyłącznie wyrazem osobistych poglądów jej autora i nie stanowi „rekomendacji” w rozumieniu przepisów Rozporządzenia Ministra Finansów z dnia 19 października 2005 r. w sprawie informacji stanowiących rekomendacje dotyczące instrumentów finansowych, lub ich emitentów (Dz. U. z 2005 r. Nr 206, poz. 1715). Analiza nie spełnia wymogów stawianych rekomendacjom w rozumieniu w/w ustawy, m.in. nie zawiera konkretnej wyceny instrumentu finansowego, nie opiera się na żadnej metodzie wyceny, a także nie określa ryzyka inwestycyjnego. Jest tylko i wyłącznie osobistą opinią autora. Zgodnie z powyższym serwis Wolnorynkowykapitalizm.pl oraz autor nie ponoszą jakiejkolwiek odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podejmowane na jej podstawie.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *