Monopole i oligopole to wina wolnego rynku?



W powszechnej opinii, naturalną cechą wolnorynkowego kapitalizmu jest tworzenie się wielkich koncernów, które po drodze do swojej chwały wykupują wszystkich konkurentów, a na końcu stają się jedynym graczem na rynku. Czy mechanizm tworzenia się monopoli lub oligopoli niekorzystnych dla konsumenta i pracownika jest w ogóle na warunkach uczciwej konkurencji możliwy? Czy rzeczywiście opinia mówiąca, że wolny rynek jest korzystny dla największych przedsiębiorstw, osób bogatych, a zgubny dla klasy średniej oraz przeciętnego Kowalskiego jest prawdziwą tezą, czy może jest zupełnie odwrotnie?

Większości społeczeństwa wydaje się, że żyjemy w krwiożerczym kapitalizmie, a Stany Zjednoczone to najlepszy przykład dzikiego kapitalizmu. Zatem fakty jak np. rosnąca ciągle rola światowych korporacji, większa koncentracja na rynku oraz coraz większa akumulacja kapitału w rękach największych koncernów, można by chyba przypisać właśnie wolnemu rynkowi. Ponadto statystki pokazujące, że obecnie wartość 100 największych spółek wynosi 32 biliony dolarów (około 35% światowej kapitalizacji giełdy), a liczba firm notowanych na amerykańskiej giełdzie spadła z 8090 w 1995 roku do 4266 w 2019 roku (47%), potwierdzałyby tezę, że naturalną cechą kapitalizmu jest oligopolizacja, czy monopolizacja gospodarki. Jednak my tutaj naszych rozważań nie zakończymy, tylko dopiero je rozpoczniemy.

Warto zacząć od tego, że z logicznego punktu widzenia monopol, czy oligopol niekorzystny dla konsumenta na wolnym rynku jest przecież niemożliwy. Jeśli ktoś po uzyskaniu ogromnego udziału w rynku zacząłby sprzedawać swoje dobra lub usługi po zawyżonej cenie, szukając wyższych marż, to na rynku pojawiłby się kolejny przedsiębiorca, któremu opłacałaby się sprzedawać produkty po niższej cenie. Myślę, że to jest dla Ciebie oczywiste, jednak co jeśli największy na rynku gracz zacznie zaniżać ceny (tzw. dupming), aby mniejszą konkurencję z rynku wyeliminować? Po pierwsze sprzedawanie produktów po cenie niższej niż koszt wytworzenia dla dużego gracza będzie dosyć ryzykowne. Dla konsumenta nie tylko cena gra rolę, bierze on pod uwagę również lokalizację, serwis, marketing, zaufanie itd. Ponadto duży gracz ma największy wolumen sprzedaży, więc nie wiedząc ile bitwa o rynek będzie trwać, może nadziać się przy okazji na spore straty. Załóżmy nawet, że w wyniku dumpingu cen konkurencja upadła, a na rynku pozostał monopolista. Jeżeli zacznie on zawyżać ceny, to na rynek będą mogli znów wejść przedsiębiorcy oferujący produkt w niższej cenie. Monopol na wolnym rynku jest możliwy tylko i wyłącznie, gdy dana firma będzie oferować najlepszy towar w najniższej cenie dla konsumenta. Mając na uwadze również konkurencję zagraniczną jest to naprawdę mało prawdopodobne. Nawet jeśli mielibyśmy do czynienia z takim monopolistą, to konsument nie może czuć się pokrzywdzony w takiej sytuacji.

Zatem możesz zastanawiać się skąd bierze się coraz większa ilość oligopoli np. w amerykańskiej gospodarce, jeśli twierdzę, że wolnorynkowa konkurencja nie jest w stanie do tego dopuścić. Po pierwsze należy zacząć od tego, że najwięksi gracze na rynku ostatnie czego potrzebują, to wolnorynkowe zasady.

Wykres: Wydatki na lobbying w USA oraz Unii Europejskiej

Jak widzisz wydatki na tzw. „lobbying” w Stanach Zjednoczonych wynoszą rocznie około 3,5 miliarda dolarów na samym szczeblu federalnym, a w Unii Europejskiej badana wartość jest trochę mniejsza i wynosi 2 miliardy dolarów. Oczywiście warto pamiętać, że są to dane oficjalne. Nie da się tutaj wliczyć tego, co największe firmy oferują politykom oraz regulatorom w inny sposób. Można się zastanowić zatem, o co te przedsiębiorstwa tam lobbują? O wolny rynek, czy może o swój interes, czyli wyniszczanie wolnorynkowej konkurencji? Warto wspomnieć, że w „lobbying”, czy w finansowanie kampanii wyborczych nie bawią się mali i średni przedsiębiorcy. Po pierwsze nie mają na to wystarczająco dużo środków. Po drugie jeśli nawet w wspólnym celu zjednoczyliby się z większą ilością przedsiębiorców, to możliwe korzyści z „lobbyingu” rozeszłyby się równomiernie. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku dużego gracza, który ma wystarczająco dużo środków oraz lobbuje tylko i wyłącznie w swoim imieniu. Jakie są cele takiego działania? Łatwo można zgadnąć, że jest to walczenie u mocodawcy o swoją pozycję na rynku wyniszczając mniejszą konkurencję oraz podwyższając bariery wejścia do danej branży. Można to zrobić za pomocą lobbowania o większą ilość regulacji, licencji, koncesji, utrudnień, podatków itd. O ile największe firmy mogą pozwolić sobie na zatrudnienie masy doradców, księgowych oraz przenieść rezydencję na Kajmany, to tego samego nie mogą zrobić mali, czy średni przedsiębiorcy, którzy dopiero budują swoją rynkową pozycję. Poza wyżej wymienionymi przykładami lobbyingu warto również wspomnieć o walczeniu o wyższą płacę minimalną w amerykańskim kongresie przez miliarderów pokroju Jeffa Bezosa. Cóż za szlachetny cel można by rzec. Oczywiście na temat minimalnej ceny pracy i jej negatywnych skutków pomówimy w innym artykule, jednak możesz zastanowić się dlaczego Bezos jest taki szczodry. Podczas gdy Amazon coraz bardziej automatyzuje produkcję, to wyższa płaca minimalna uderzyłaby w jego mniejszych konkurentów, których na takie nowinki jeszcze nie stać.

Z ciekawostek zobaczmy jak na giełdzie dają sobie radę spółki, które wydają najwięcej na „lobbying”.

Jak widzisz opłaca się inwestować w firmy, które mają najlepsze „chody” u polityków, regulatorów. 50 spółek, które wydają najwięcej na lobbying osiągało w ostatniej dekadzie stopę zwrotu średnio o 5% rocznie wyższą niż SP500. Sam Warren Buffett stwierdził, że uwielbia inwestować w firmy z zapędami oligopolistycznymi. Brak konkurencji, wysokie marże, czego chcieć więcej.

Wracając do regulacji rzućmy okiem na poniższy wykres.

Wykres: Wzrost regulacji, a pojawianie się nowych firm na rynku w Stanach Zjednoczonych (1975–2015)

Nie jest trudno dostrzec, że rosnące ciągle regulacje oraz utrudnienia w wejściu do danej branży powodują coraz mniejszą ilość konkurencji w postaci nowych firm. Często dochodzi w USA do tak śmiesznych sytuacji, że jedna firma wydaje na lobbying 100 tys. dolarów pragnąc, aby dana regulacja weszła w życie, tymczasem druga firma płaci 200 tys. dolarów, aby mocodawca nie był skłonny do jej wprowadzenia. W ten sposób nie wiele się zmieni, a biurokraci wzbogacą się o 300 tys. dolarów 😊. Możesz stwierdzić, że walka o pozycję na rynku, to przecież cecha wolnorynkowego kapitalizmu. Oczywiście, że tak, ale na uczciwych, konkurencyjnych zasadach, oferując konsumentom lepszy produkt w niższej cenie, a nie kooperując z rządem, który ma monopol na prawo. Przyjrzyjmy się na życiowym przykładzie skutkom nadmiernej regulacji gospodarki.


Wykres: Ceny w sektorze telekomunikacyjny we Francji


Możesz zastanawiać się, co wydarzyło się w 2011 roku, że ceny w tym sektorze spadły o 40%. Regulator po kilku latach starań wpuścił w końcu na rynek francuski czwartą firmę. Przykładowy miesięczny pakiet dla konsumenta wynosił w zoligopilozowanym sektorze 40 euro. Nowa firma wchodząc na rynek zaproponowała konsumentom taką samą usługę w cenie 20 euro. W taki sposób stary układ na rynku upadł, a konsumenci mogli cieszyć się niższą ceną takiego samego dobra. Warto zauważyć, że przez lata w wyniku braku wolnorynkowej konkurencji konsumenci przepłacali o 100% za daną usługę.

Kolejnym problemem zwiększania regulacji jest to czego nie widać. Mam tutaj na myśli innowacyjne firmy, start-upy, które w wyniku starań dużych graczy oraz polityków na rynku nie mogły się pojawić. Ile innowacyjnych technologii, ile produktów w lepszej jakości i niższej cenie przez takie działania straciło społeczeństwo? Na to pytanie nie znajdziemy raczej nigdy odpowiedzi. Ilość regulacji powinna być w mojej opinii możliwie jak najmniejsza, gdyż kluczową cechą dzikiego kapitalizmu jest wolnorynkowa konkurencja, która wymaga od przedsiębiorców uczciwego działania oraz jest ona kluczowa dla rozwoju gospodarki, dobra konsumenta oraz pracownika. Zyskiwanie rynku poprzez lobbowanie o więcej regulacji, podatków, utrudnień, barier wejścia do danej branży z wolnym rynkiem niestety nie ma nic wspólnego.

Nie można zapomnieć również o kryzysie finansowym z 2008 roku wywołanym przez polityków („dom dla każdego” oraz utworzenie przedsiębiorstw finansowych przez rząd – Freddie Mac, Fannie Mae), banki centralne (ekspansywna polityka monetarna) oraz największe instytucje finansowe, które działały w imieniu zasady „zyski nasze, koszty wasze”, nadużywając ryzyka moralnego oraz pokusy nadużycia, przewidując, że jeśli coś nie powiedzie, to politycy ich uratują. Oczywiście największe instytucje finansowe miały rację, a politycy byli „zmuszeni”, aby je kosztem podatnika ratować. Program TARP w wysokości 800 miliardów dolarów nie był przeznaczony na ratunek małych i średnich przedsiębiorstw, które w wyniku recesji gospodarczej bankrutowały, lecz na rzecz instytucji, które do tego kryzysu się w dużej mierze przyczyniły. W 2008 roku, gdy bezrobocie osiągało nowe szczyty, a PKB leciało na łeb na szyję, to bankierzy Goldman Sachsa wypłacili sobie największą premię w historii z pieniędzy podatników 😊. Irytacja społeczeństwa przejawiła się w protestach „Occupy Wall Street”. Protestujący jednak nie rozumieli tego, co się wokół nich dzieje oraz wnioskowali o jeszcze więcej udziału państwa w gospodarce. Następnie w 2010 roku uchwalono ustawę „Dodd-Frank Act” mającą na celu zwiększenie regulacji oraz barier wejścia do branży finansowej. W ten sposób giganci, którzy wywołali kryzys, jeszcze bardziej zwiększyli swój udział w rynku. W tym patologicznym systemie, nie mającym nic wspólnego z wolnorynkowym kapitalizmem paradoks ściga paradoks.

Również działania banków centralnych mają ogromny wpływ na rosnącą rynkową koncentrację. Na temat tych instytucji na portalu pisałem już dosyć sporo. Zatem odsyłam Cię do całego cyklu „Finansowy Socjalizm”. Po pierwsze karygodnym zjawiskiem jest skup obligacji korporacyjnych przez banki centralne. Jest to w mojej opinii finansowy komunizm, gdzie biurokraci decydują o tym, jakiej firmie skupią papier dłużny za pomocą magicznie wykreowanych jednostek monetarnych, finansując w ten sposób jej działalność oraz obniżając koszt długu. Skup obligacji korporacyjnych przez bank centralny, to zjawisko skrajnie korupcjogenne oraz nie mające nic wspólnego z rynkowymi zasadami. Grono biurokratów decyduje o tym jakiej korporacji pomóc i czyim kosztem. Gospodarka centralnie planowana pełną gębą. Europejski Bank Centralny skup obligacji korporacyjnych rozpoczął w 2016 roku, jednak to w ubiegłym roku w wyniku kryzysowej sytuacji jego operacje nabrały jeszcze szybszego tempa. Jak możesz się domyślić finansował on największe korporacje, które w wyniku przeniesienia ludzkiego życia do sieci zyskały, a za dostawę taniego pieniądza mogły mniejsze firmy z rynku wykupywać. Niestety papiery dłużne małych i średnich przedsiębiorstw, które w wyniku bezprawnego zakazania im prowadzenia działalności ucierpiały najbardziej, nie były przez banki centralne skupowane.

Również keynesowska polityka monetarna prowadzona przez największe banki centralne od 50 lat ma mało wspólnego z wolnorynkowymi mechanizmami. Ustalanie najważniejszej ceny w gospodarce, czyli ceny kapitału przez biurokratów nie może do niczego dobrego prowadzić. Zaniżanie sztucznie stopy procentowe oraz polityka łatwego pieniądza sprawiają, że większym przedsiębiorstwom dużo bardziej opłaca się wziąć kredyt ze śmiesznym oprocentowaniem, aby mniejszego konkurenta wykupić. Oczywiście fuzje są czymś normalnym w wolnorynkowym systemie. Jednak w wyniku wyżej wymienionych przyczyn oligopolizacji gospodarki, zaniżanie stóp procentowych, a zarazem ułatwianie wykupu małych firm jest kolejną kostką domina prowadzącą do zaniku rynkowej konkurencji. Ponadto prawo oraz urząd antymonopolowy w Stanach Zjednoczonych pozostawia wiele do życzenia. W końcu największy wpływ na urzędników rządowych mają największe korporacje. Więcej na temat regulacji, konkurencji, prawa antymonopolowego w Stanach Zjednoczonych oraz Unii Europejskiej będziesz mógł przeczytać wkrótce na portalu.

Największe światowe koncerny robią wszystko, aby w sektorach w których działają było jak najmniej wolnorynkowej konkurencji. Ponadto mariaż największych przedsiębiorstw z rządzącymi to obopólna korzyść. Trend wyniszczania klasy średniej, małych i średnich przedsiębiorstw coraz szybciej postępuje. Najłatwiej zarządza się społeczeństwem zależnym od rządowej pomocy, niezaradnym, nieposiadającym własnych aktywów, domagających się bezpieczeństwa kosztem wolności. Rządzący nie przepadają za osobami niezależnymi, ambitnymi, ceniącymi są wolność i własność, gdyż ich głosu nie można kupić zasiłkiem socjalnym. Przy okazji największe koncerny zrobią wszystko, aby rynek coraz bardziej dominować, a politycy oraz mocodawcy są najlepszym do tego narzędziem. Mam nadzieję, że nie obudzimy się w rzeczywistości, gdzie mariaż rządów oraz światowych korporacji doprowadzi do tego, że te dwa podmioty będą jedynymi pracodawcami, a obywatel będzie musiał być posłusznym, aby w takim społeczeństwie funkcjonować.

Na koniec rozwiejmy już po całości mit, że wolny rynek jest korzystny dla najbogatszych, a dla klasy średniej i uboższej, to najgorszy możliwy system. Zatem co wolny rynek oferuje przeciętnemu Kowalskiemu?

Po pierwsze jak już wiesz z poprzedniego artykułu:  https://wolnorynkowykapitalizm.pl/dlaczego-socjalizm-nie-dziala-jak-wyglada-kapitalizm-w-polsce/ 95% społeczeństwa żyje w tzw. „komunie”, gdzie 70% swojego wynagrodzenia przeznacza na rzecz biurokratów. Do września pracujemy na rzecz „naszego, wspólnego dobra”, a rządzący zapewne lepiej wiedzą na co wydać ciężko zarobione przez Ciebie pieniądze niż Ty sam. W takim niewolniczym systemie obywatel traktowany jest jak dziecko, któremu trzeba zabrać pieniążki i za niego zdecydować, ile potrzebuje miesięcznie wydać na ubezpieczenie zdrowotne w postaci NFZ, czy na przyszłą emeryturę z której dostanie grosze. Taki system premiuje bogatych, którzy mają Cypr, Liechetnstein, czy Szwajcarię i nie muszą w tej „komunie” uczestniczyć. W taki sposób nie groźni im są młodzi, gniewni, ambitni obywatele, którzy chcieliby własny biznes założyć. Po prostu bardzo ciężko jest konieczny kapitał zakumulować, aby własne przedsiębiorstwo otworzyć, czy się bogacić. Najlepszym przykładem jest kraj o horrendalnie wysokim opodatkowaniu pracy, czyli Szwecja. Przecież obfite państwo socjalne trzeba jakoś utrzymać. Właśnie w kraju ze stolicą w Sztokholmie z 50 największych firm, tylko jedna powstała w przeciągu ostatnich pięciu dekad. Obecny system promuje stagnację nie tylko gospodarczą, ale i klasową. W wolnorynkowym systemie, gdzie podatki i składki byłyby tak niskie, jak to tylko możliwe każdy obywatel mógłby być Panem własnego życia. On, a nie politycy decydowałby na co swoje pieniądze przeznaczy. Obecny rozrost państwa socjalnego sprawia, że coraz więcej ludzi jest zależnych od rządzących. Nie ma się co dziwić jeśli promuje się lenistwo i nieróbstwo, a każe się pracowitość i ambitność. W ten sposób socjalizm walcząc z ubóstwem wpędza do biedy jeszcze większą grupę osób.

Mała, ale konieczna ilość regulacji sprawiłaby, że ambitny obywatel mógłby bez większych komplikacji otworzyć swój własny biznes i na rynkowych, uczciwych zasadach konkurować z większymi graczami. Ponadto deregulacja gospodarki, jak już to ukazałem na przykładzie sektora telekomunikacji we Francji, prowadzi do wolnorynkowej konkurencji, czyli produktów w lepszej jakości i niższej cenie, co jest kluczowe dla dobra gospodarki, pracownika oraz konsumenta.

Co więcej konserwatywna polityka monetarna przestałaby okradać obywatela z jego oszczędności, a główny problem, czyli bańka na rynku nieruchomości zostałby rozwiązany. Naturalne zjawisko rozwijającej się gospodarki, czyli deflacja jest korzystna dla przeciętnego Kowalskiego, gdyż z każdym rokiem jego oszczędności zyskują na wartości, a płace historycznie w takim okresie spadają wolniej niż ceny. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku inflacji promującej zadłużone rządy, które przy okazji mogą wmówić obywatelowi, że wszyscy się bogacimy.

Jako że inflacja jest korzystna dla rządu, a deflacja dla pracownika, rząd zawsze będzie preferował inflację.

JIM RICKARDS

Podsumowując, postępująca oligopolizacja gospodarki w mojej opinii nie ma nic wspólnego z wolnorynkowymi mechanizmami. Wywołana jest ona głównie rosnąca rolą regulacji, utrudnień, które są podkładane jak kłody pod nogi przez duże firmy oraz polityków, małym i średnim przedsiębiorcom oraz osobom, które dopiero chciałyby się bogacić. Nie ma kapitalizmu bez wolnorynkowej konkurencji, a właśnie ta konkurencja, największym przedsiębiorstwom nie jest na rękę. Dlatego wraz z politykami czynią, co mogą, aby jak najwięcej władzy zostało w rękach obu zainteresowanych. Działania „niezależnych” banków centralnych, czyli skup obligacji największych korporacji oraz zaniżanie ceny kapitału również swoją sporą cegiełkę do rosnącej koncentracji na rynku dokładają. Proces, który bardzo przyspieszył przez ostatnie 18 miesięcy, czyli wyniszczanie klasy średniej oraz coraz szybsze akumulowanie kapitału przez światowe korporacje oraz rządowe spółki jest procederem niebezpiecznym, który może doprowadzić do wspomnianego już totalitarystycznego ustroju, gdzie będziemy mieć do czynienia z dwoma pracodawcami. W przeciwieństwie do wielkich przedsiębiorstw, przeciętny Kowalski potrzebuje wolnego rynku, deregulacji gospodarki, niskiego klinu podatkowego oraz samodzielnego decydowania o zarobionym przez siebie kapitale. Jednak wolność i niezależność wymaga odpowiedzialności. Zatem pozostaje pytanie, czy obywatele chcą odpowiedzialność za swoje działania ponosić, czy może wolą wybrać „komunę” oraz państwo, które o nich „zadba”.

Jeśli masz swoje przemyślenia odnośnie monopoli, oligopoli oraz przyczyn ich tworzenia, to daj znać w komentarzu.

Z wolnorynkowym pozdrowieniem!

8 thoughts on “Monopole i oligopole to wina wolnego rynku?”

  1. Bardzo dobry artykuł. Niestety żyjemy w demokracji – systemie, w którym wystarczy przekonać większość, że państwo im daje i wszyscy muszą się zastosować.. Zgodnie z przedstawioną w artykule tezą zmierzamy w coraz szybszym tempie w kierunku nowoczesnej, technokratyczny komuny.

  2. Art. podobał mi się z tego powodu że nie zauważyłeś jednego: Cały czas udowadniasz że wolny rynek jest korzystniejszy(ja też tak uważam) jednocześnie udowadniasz że wolny rynek przegrywa konkurencję (bo przecież go nie mamy, pomimo tego że go wolimy). Pytanie powinno brzmieć: dlaczego wolny rynek przegrywa skoro jest systemem lepszym? Ludwig von Mises napisał Ludzkie Działanie. Tu kryje się odpowiedź. Człowiek nie jest zainteresowany rozwojem konkurencji, lecz jej niszczeniem. To tak jak w piłce nożnej: preferowana jest i nagradzana gra fair. Ale niestety, liczy się wynik, więc przy wyrównanych siłach wygrywa ta drużyna która skuteczniej i bardziej skrycie fauluje. Przy dużej dysproporcji możliwości można wygrać bez fauli, (faulują słabsi). Tak samo jest w gospodarce. Zamiast wydać miliard na reklamę, lepiej za 9000000 kupić kilku polityków, skutek będzie lepszy. Natomiast politycy- to dopiero chciwy i przekupny ludek. Po to idą do polityki by nie napracować się i dobrze żyć. Są stworzeni do brania. Oni nie są wybierani, lecz narzucają się kupując wyborców

    1. Bardzo ciekawe obserwacje. Jednak w mojej opinii nie mamy wolnego rynku, gdyż większość woli coś innego. Łatwiej otrzymać głos dając 100 zł niż nie zabierając 200 zł.
      Z wolnorynkowym pozdrowieniem!

      1. Owszem, większość woli co innego. Pytanie: dlaczego? Wszyscy wiemy jak łatwo da się manipulować większością. Kiedy dysponuje się ogromnymi funduszami.

  3. Bardzo ciekawy artykuł. Od wielu lat mieszkam w Anglii tutaj tej wolności z dnia na dzień jest coraz mniej. Inwestuje w różne klasy aktywów metale szlachetne, surowce, akcje, krypto. Banki HSBC, TSB, Barclays w ostatnim czasie zablokowały wpłaty na giełdę Binance ponieważ krypto jest aktywem wysokiego ryzyka (i tutaj się zgadzam, krypto jest najtrudniejszym rynkiem na jakim inwestuje) i to pod pretekstem dbania o mnie bank zabrania mi wysyłania MOICH pieniędzy na giełdę krypto, ale ten sam bank nie martwił by się o mnie gdybym chciał wysłać pieniądze do bukmachera, albo użyć karty debetowej w kasynie. Kolejny przykład tydzień temu potrzebowałem wybrać 600 funtów, moja karta ma limit 500, karta do konta żony 250 czyli żeby wybrać 600 muszę użyć dwóch kart, ale maksymalna kwota jaką wydaje bankomat to 250 funtów czyli muszę użyć dwóch kart trzy razy żeby wybrać 600 funtów i to też w trosce o moje dobro bo przecież jak mi ktoś ukradnie kartę to dzięki limitowi będzie mógł wybrać z mojego konta, tylko 500 funtów, można pomyśleć jaki wspaniały jest mój bank jak on o mnie dba, ale ja jednak odnoszę wrażenie, że wszelkimi sposobami próbuje zniechęcić mnie do używania gotówki, a ja sam potrafię zadbać o bezpieczeństwo swoich środków dodam jeszcze, że decathlon w Anglii od wielu miesięcy nie przyjmuje płatności gotówką, a to ciągle jest pełnoprawny środek płatniczy w UK, o innych utrudnieniach w używaniu gotówki nie będę pisał bo komentarz musiał by mieć długość artykułu. Takie moje przemyślenie gdzie w takim układzie jest ta „nasza” wolność.

    1. Do wyboru jest albo wolność, albo bezpieczeństwo. Większość preferuje „bezpieczeństwo”.
      Dziękuję bardzo za obszerny i ciekawy komentarz opisujący brytyjskie realia.
      Pozdrawiam 🙂

      1. Jeszcze tylko dodam taką ciekawostkę jakiś czas temu udało mi się dotrzeć do informacji, że w Anglii według danych z 2019 w obiegu dostępne jest tylko 3% gotówki względem wszystkich pieniędzy w systemie (w Polsce 15%), pozostała część to tylko wirtualne zapisy i tutaj się można zgodzić z tym, że dodruku nie ma jest tylko dopisywanie kolejnych wirtualnych 0.
        Przez długi czas nie rozumiałem dlaczego jest taki problem gdy idę do banku i chcę wybrać np. 5000 funtów przecież to nie jest jakaś zawrotna kwota, a w banku zawsze mi mówili, że tak „duże” kwoty trzeba zamawiać kilka dni wcześniej dopiero gdy dotarłem do tych informacji zrozumiałem, że banki mają bardzo małe ilości gotówki w swoich placówkach i stąd ten problem.
        Oczy otworzyły mi się jakieś 5-6 lat temu, zrozumiałem jak działa ten system i jestem przerażony tym w jakim kierunku my idziemy, z jednej strony żałuję tego, że tak się stało i zastanawiam się czy nie lepiej było żyć w błogiej nieświadomości, bo i tak jest nas za mało, żeby coś z tym zrobić, a gdy próbuje kogoś uświadamiać to zazwyczaj jestem traktowany jako fan teorii spiskowych, z drugiej jednak strony mam szanse się przed tym w jakimś stopniu się zabezpieczyć i się przygotować.
        Osobiście już jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że ludzie jako cywilizacja niedorośli do takich rzeczy jak korzystanie z kart debetowych, czeków, czy nawet walut opartych na złocie, bo nawet pieniądz oparty na złocie będzie miał inflacje, bankierzy zawsze będą go dewaluować, pieniądzem powinno być po prostu złoto i srebro i tak jak jeszcze 400-500-600 lat temu powinniśmy nosić w sakiewkach złote i/lub srebrne monety.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *